domingo, 6 de junio de 2010

Tena

Tena to przyjemne miasteczko w dżungli, o wiele milsze niż Puyo, o sprzyjającym klimacie, dzięki otaczającym wzgórzom upal jest łagodniejszy. Zatrzymuje się w hotelu Hilton. Tak, dokładnie, właśnie w Hiltonie. Pokój po obleśnym Puyo zdaje się luksusowy, czysty , z łazienka i przede wszystkim bez przeklętego gdakania i piania. Relaks. Mam plan wycieczki do selwy, choć zdaje sobie sprawę ze ceny mogą mnie przerosnąć. Po obchodzie biur podroży mam już wizje...rzeczywiście taka wycieczka na 3 dni byłaby dramatycznym szarpnięciem dla mego budżetu. Poza tym mam inne wątpliwości, jungle tours wydaja mi się bardzo komercyjne, ja to bym chciała iść do prawdziwej selwy, poprzedzierać się przez kilka dni, a potem rozbić biwak gdzieś w otoczeniu dzikiej zwierzyny i monstrualnych owadów. Niestety, takie atrakcje to znacznie głębiej w dżungli i znacznie drożnej. Żeby dostać się to prawdziwego pierwotnego lasu trzeba by polecieć samolotem lub spłynąć rzeką przez kilka dni- obie opcje zabójczo drogie. Te dostępne tutaj to takie folklorystyczne wycieczki- spacer po lesie, kolacja z rodzina Quichua, prezentacja tego i owego, spływ pontonem. Jestem, ze tak powiem, zdegustowana- prezentacja? Co, beda dla mnie wdziewać jakieś stroje, których normalnie nigdy nie noszą bo używają dżinsów i t shirtow? I zatańczą taniec, którego już nikt młody nie zatańczyłby z własnej woli? Oj nie ze mną te numery, nie po to sie studiowało Malinowskiego i Levi Straussa ( no dobra, aż tak dogłębnie to się nie studiowało, ale wystarczająco żeby mieć awersje do takich praktyk). Postanawiam dać sobie czas i przetrawić trochę informacje.
O poranku ruszam wybadać jeszcze kilka biur. Leje jak z cebra. Na ulicy obserwuję pewną turystkę, wygląda na dość zagubioną.
Pyta mnie łamanym hiszpańskim- Czy może wiesz coś o jungle tours?
Ano właśnie sie za nimi rozglądam- odpowiadam.
To może razem się porozglądamy?
Nazywa sie Carla i jest Amerykanką, ma ciekawa twarz, która kiedy się uśmiecha wygląda jak twarz młodej dziewczyny, a kiedy jest poważna jak starej kobiety. Jest bardzo chuda, ma długie ciemne włosy i duże ciemne oczy. Okazuje się, ze jest ciekawą mieszanką hindusko-węgierską. Opowiada mi trochę o sobie.
-Mam dom w Oregonie. Mieszkamy tam z moim chłopakiem i jego synem. Kocham Oregon, jest piękny. Są tam góry i lasy i czyste potoki. Chce tam zostać. Prowadzimy z moim chłopakiem firmę, produkujemy wina owocowe, z jeżyn, z truskawek, z wiśni.
Carla wie bardzo dużo o roślinach i nasionach, potrafi wyplatać koszyki z wikliny, łowić ryby, robic biżuterię z nasion. Wie tez dużo o rozmaitych szamańskich praktykach, chyba coś takiego studiowała w swoim czasie. Jej dom w Oregonie jest superekologiczny.
Mowi bardzo łamanym hiszpańskim, ale próbuje jak możne.
Okazuje się,ze jej pokój jest dość drogi, wiec proponuję jej żeby przeniosła się do mojego hostelu i do mojego pokoju, w którym i tak mam 2 łózka. Przystaje na to z ochota.

Nadal nie wiemy, jaki tour wybrać i czy w ogóle. Zdaje sie, ze ma ona dość podobne podejście do mojego i szuka czegos bardziej autentycznego niz rafting. Postanawiamy pojechać do pobliskiej wioski Misahualli, gdzie kończy sie szosa i gdzie funkcjonuje jeszcze kilku przewodników.
Misahualli to dosłownie kilka domów, zcentrowanych wokół głównego placu. Mijscowa atrakcja są oswojone malpy, kontakt z turystami nauczył je kraść, wyciągać przedmioty z kieszeni, wyrywać aparaty etc.Przyjezdni są zachwyceni i robią dużo zdjęć. Aby z Misahualli dostać się dalej trzeba popłynąć rzeka Puno canoa-motor, czyli kanoa z napędem motorowym. Za taka atrakcje miejscowi żądają zabójczych sum.
Niemniej rzeka wygląda majestatycznie, jak prawdziwa amazońska rzeka i roślinność wokół jest bujna i równikowa.
W jednym z biur, w drewnianym domu przy placu spotykamy Amelie, blondwłosą, młodziutką Francuzkę, która opowiada nam i możliwości pobytu w społeczności tubylczej bardzo blisko Misahualli, gdzie można uczestniczyć w ich codziennym życiu. Brzmi nieźle, ulotka tez fajna.
W kacie pokoju w hamaku huśta się ciemnowłose niemowlę. Amelia przyjechała tu na wolontariat i poznała chłopca Quichua, z którym wzięli ślub a teraz maja dziecko.

Szczerze mówić ta historia jest dość przerażająca. Amelia ma możne 22 lata i jest w tej malutkiej wioseczce zupełnie sama, bez wsparcia rodziny, bez niczego co przypominałoby jej życie w Europie. I z tym chłopcem Quichua, z totalnie rożnej kultury. Szaleńczy krok. Choć nie wiadomo nigdy gdzie człowiek znajdzie szczęście.




sábado, 5 de junio de 2010

Kolekcjoner





W Puyo chciałam zobaczyć ogród botaniczny zwany Jardin Botanico Las Orquideas. Opis w internecie brzmiał niezwykle zachęcająco, z tym ze trzeba było umówić się na wizytę wcześniej. Postanowiłam nawet zatrzymać się w miasteczku na jedna noc, tylko po to by ten ogród zobaczyć. Z Banos nie było daleko, trochę
ponad godzinę autobusem by znaleźć się nagle na terenie dżungli amazonskiej. Tak, to już prawdziwa Amazonia, jej zachód
ni kraniec, i kilka wielkich rzek, które są dopływami potężnej Rio Amazonas. Ach!!!
Miasta znajdujące się na jej terenie w większości naznaczone są piętnem ropy naftowej. Piętno to oznacza przemieszczające się tutejszymi drogami cysterny i wiercenia, zanieczyszczenie. Ludność zamieszkująca je w w dużej mierze los indigenas, czyli Indianie z Amazonii, którzy się ucywilizowali.
Niemal wszystkie plemiona, które zamieszkują ten teren są już ucywilizowane. Pozostało już tylko jedno- Huarani, które wciąż wzbrania się przed cywilizacja, członkowie plemienia nie używają ubrań, żyją tak jak żyli ich przodkowie setki lat temu.
Miasto w którym się zatrzymałam to Tena, dość smętna miejscowość leżąca w dolinie rzeki i z tego powodu pod niemal zawsze zachmurzonym niebem. Podróż autobusem z Banos do Teny to pierwsze zetkniecie z prawdziwą Amazonia, porośnięte zielona gęstwiną wzgórza, upal, unoszące
e się opary. Deszcz pada kilka razy dziennie, bardzo ulewny.
Docieram do hotel
u i zostawiam moje rzeczy, czu
je się bardzo dziwnie, chce mi się wymiotować, pęka mi głowa i czuje
jak opuszczają mnie siły. Niem
niej jestem umówiona na wizytę w ogrodzie i wiem, ze jeśli tam nie pójdę, mogę nie mieć już okazji. Zbieram jakieś resztki sil i powłócząc nogami idę na poszukiwanie autobusu. Przystaję co jakiś czas bo nie mam sil. Czuje ze mogłabym po prostu położyć się na ulicy i zasnąć. Chmury wiszą nisko, jest gorąco i parno, bardzo wilgotno.
Jakas mila malutka kobieta Indianka prowadzi mnie na przystanek, rozmawia ze znajoma w swoim języku, ktorego nie rozumiem. Patrzą na mnie zatroskane, musze wygladac bardzo źle, siadam na krawezniku. Po chwili jade juz autobusikiem, ktory zostawia mnie za miastem przed otwarta brama.
Na powitanie wychodzi mężczyzna około 40, o intensywnym spojrzeniu brązowych oczu. Siadamy przy drewnianym stole i zaczyna opowieść o swoim ogrodzie. To on praktycznie
stworzył ogród z niczego, od gleby, którą musiał dopiero zbudować, bo gleba musi być bardzo specjalna żeby przyjęły się zagrożone gatunki z deszczowego lasu.. Tak wiec pierwsze lata zeszły mu na rekonstrukcji gleby, przywożeniu trocin, które później, butwiejąc dawały odpowiednie podłoże. Później przywoził drzewa, krzewy i kwiaty. Po niektóre musiał jeździć do innych regionów. Drzewa powoli sie przyjmowały, rok po roku roślinność byla bujniejsza i bujniejsza, pojawiły się zwierzęta, owady, motyle, z każdym rokiem piękniejsze i bardziej kolorowe gatunki.Kiedy ekosystem lasu deszczowego jest odbudowany można zająć się orchideami. Niektóre orchidee rosną na drzewach, te Omar przytwierdzał za pomocą sznurka do drzewa, z czasem sznurek upodabniał się do pnączy i nie był rozpoznawalny. Kilka razy rośliny atakowały insekty i niszczyły niemal kompletnie całą prace.
Omar pracuje sam w swoim ogrodzie. Bral kilka razy współpracowników ale go rozczarowali. Ostatnio pomagała mu pewna Niemka, razem udało im się zbudować budynek muzeum.

Tak wiec Omar, samotny botanik, wielbiciel orchidei i motyli wpatruje się we mnie swoimi smutnymi brązowymi oczami.
Och zaczyna się-myślę.
Ruszamy na
obchód ogrodu. Omar informuje mnie, że zajmie to jakieś kilka godzin. Sama myśl o tym sprawia, że chcę zemdleć. Każdy krok to wysiłek, czuję, że zaraz upadnę. Po kilku minutach przechadzki mowie, ze nie mam już siły i muszę iść do domu. Omar jest bardzo rozczarowany. Trzeba było mówić na początku, zaraz przygotujemy napar, mamy taka specjalna roślinę, która wszystko wyleczy. Godzę się na napar z rośliny chiriyuyu, która, jak powiadamia mnie Omar, ma właściwości antybiotyku i na pewno postawi mnie na nogi. Piję herbatkę i dostaje
jeszcze liście do zjedzenia w domu.Obiecuje solemnie pojawić się następnego ranka i wracam do hotelu.
Ale jeśli poszukuje spokoju i ciszy, to na pewno nie znajdę go w moim pokoju. Za oknem dzieje się jakieś szaleństwo, szatańskie sprawki, jakby ktoś trzymał stado kogutów tuz pod oknem i te koguty pieją i pieją, każde 30 sekund rozlega się donośne pianie. Cholera jasna psiakrew. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie przeżyłam. Głowa mi pęka, przykrywam ja poduszka i zasypiam. Budze sie po kilku godzinach. Koguty pieją nadal jakby je kto z piór obdzierał.
Wychodzę poszukać jedzenia i korków do uszu.
Być zupełnie samemu kiedy jest się chorym i słabym to ciężka sprawa. Nastrój tez opada i sięga dna.
Zjadam trochę ryżu, znajduję dziwne plastikowe wtyczki do uszu w sklepie żelaznym. Wracam do pokoju.
Rano budzę się rześka i zdrowa, trochę tylko osłabiona z braku jedzenia. Wcześnie rano udaje się znów do ogrodu. Brama jest otwarta, Omar czeka na mnie i ruszamy na obchód.
Oczom naszym ukazują się kolejna drzewa i rośliny, każda z nich używana przez plemiona w celach leczniczych, do wyrobu ubrań, budowy domow. Z tej rośliny wyrabia się barwnik do ubrań, z tej lekarstwo na impotencje, na zmiany skórne, na nerki. Z tego robi się dachy i ściany domow.
Ten czerwony kwiat dziewczęta Quichua używają w ten sposób. Wszystko w lesie jest wykorzystane przez człowieka, Huarani żyją z lasu, las ich żywi, ubiera, znają wszystkie jego tajemnice. Zawsze zadaje sobie pytanie jak się do tego dochodzi, do takiej wiedzy, ze jak potrzesz włókna tej rośliny to z zielonych zmienia się w żółte, albo ze kora tego pomoże ci na wrzody a te liście maja właściwości przeciwbólowe.
Tymczasem Omar pokazuje mi orchidee, przez chwile towarzyszy nam trojka turystów z Argentyny, ale spiesza się na samolot i maja tylko pól godzinki. Omar pokazuje nam maleńkie, kilkumilimetrowe kwiaty orchidei przez szkło powiększające. Nagle te malutkie i niepozorne kwiatuszki ukazują swoja niesamowita fakturę i ogniste kolory.
Omar wpatruje się w mnie z lupa w dłoni...Chciałbym zobaczyć Twoje oczy przez szkło...
Zaczynam czuć się trochę jak obserwowany okaz. - Nie ma mowy! mowię.
Nagle przychodzi mi do głowy książka "Kolekcjoner" Johna Fowlesa. Dla niezaznajomionych: główny bohater, psychopata, kolekcjonuje z początku motyle, później wpada mu w oko urodziwa studentka malarstwa Miranda, porywa ja zatem i ukrywa w specjalnie dostosowanej komórce w piwnicy, tam obserwuje jej zachowanie, wszystko kończy się źle, nie powiem jak, jakby ktoś chciał się zapoznać z ta świetna skądinąd powieścią.
Tak, Omar pewnie tez chciałby przypiąć mnie szpileczka w swojej gablocie, brr.
nadal admirując piękne kwiaty przyspieszam nieco kroku.
Robi mi się tęskno za Europa, gdzie jakoś spokojniej można z mężczyzna porozmawiać, bez zaraz prob łapania za rękę i meczących komplementów. Niech to, przecież przyszłam tu tylko do ogrodu botanicznego a on jest przewodnikiem. U nas załatwia to molestowanie seksualne, mężczyźni trzymają raczki przy sobie. Podczas podroży niejeden raz wolałabym być facetem, żeby moc normalnie z mężczyznami rozmawiać, bez całej pseudoramatycznej otoczki i wysłuchiwania dyrdymałów.
To przynajmniej pukiel Twoich włosów? nalega tymczasem Omar.- Tylko malutki, nawet nie będzie widać. Ok, mowie w końcu i pukiel zostaje obcięty.
Najchętniej już bym to miejsce opuściła. Idziemy do szklarni, w której Omar hoduje . Robię mnóstwo zdjęć, które potem zostaną stracone na wieki. Podnoszę głowę, Omar robi mi zdjęcie swoim aparatem.
-To najpiękniejszy kwiat w moim ogrodzie-mówi.
Zegnam się, jakoś mi dość spieszno. Napiszesz maila? pyta Omar.- Tak, tak- odpowiadam.
-Wszyscy tak mówią, a potem zapominają...
Schodzę w stronę bramy, zostawiając za sobą samotnego botanika i jego ogród.









sábado, 22 de mayo de 2010

Różne skrawki

Navidad, navidad, blanca navidad....

Tak jak obiecałam kilka dodatkowych historii z podroży, które zostały pominięte z rożnych powodów, zwykle braku czasu lub braku komputerów.
Zacznę chyba od tego czego nie udało mi się opisać w mojej wyprawy do misji
jezuickich, czyli przebiegu mojego Bożego Narodzenia...a było to niewątpliwie najdziwniejsze Boże Narodzenie, jakie do tej pory przeżyłam...i zdecydowanie najbardziej samotne.

Po opuszczenia San Jose de los Chiquitos w dzień wigilijny
y udałam sie głębiej w busz, by oddalić się maksymalnie od cywilizacji na ten czas. Takie to sobie wymyśliłam, ekstremalne święta nie mające nic wspólnego z tradycyjnym ich przebiegiem. Jak jednak okazało się później, wyjazd w busz nie był
koniecznie najlepsza decyzja, bo w Święta wszelkie środki komunikacji- czyli jeden autobus dziennie- staja i wydostać się z tych zapadłych wiosek jest zupełnie niemożliwe. Ja wpadłam w te pułapkę...

Dotarłam do wioski San Rafael po dwóch godzinach jazdy przez niekończące się niskie zarośla, gdzieniegdzie pastwiska i małe chatki z nieodłącznymi hamakami. Kościół w San Rafael jest niewątpliwie jednym z najpiękniejszych w misjach, biały z brązowa roślinną ornamentyką.
Wysiadłam z autobusu na głównym placu wioski, zrobiłam zdjęcia, pooglądałam przygotowania do jasełek- dzieci z lampionami- i w sumie to by było na tyle w tej wioseczce...ale żadnego autobusu już być nie miało przez następne 2 dni...tak wiec ruszyłam szukając noclegu...Byłam zdecydowana nie wydać więcej niż 2 dolary, a ceny pensiones zaskoczyły mnie...zadali nawet trzech i czterech dolarów wyobraźcie sobie!
W końcu zapytałam w hotelu Paradita na głównym placu wsi. Staruszka pokazała mi pokój, zatęchła norę z czterema łózkami, udało mi się wytargować cenę na 2 noce za dwa dolary
- Stary się będzie złościł jak się dowie- powiedziała konfidencjonalnie staruszka, dając mi do zrozumienia, że idzie mi bardzo na rękę.
Nic to. Złożyłam swój bagaż w zatęchłym pokoju próbując z optymizmem spojrzeć w przyszłość. Czyli w dwa następne dni. Wyszłam poszukując jedzenia. Na skraju wsi znalazłam coś w rodzaju straganu, gdzie sympatyczna kobieta sprzedawała zupę i ryz z mięsem. Pożartowałam z nią i jej dziećmi, pobawiłam sie z psem zwanym Peluza o
psychodelicznym niebiesko brązowym spojrzeniu i ruszyłam z powrotem. Popołudniowy upal był nie do zniesienia. Zaszyłam sie w zatęchłym pokoju, który nie dawał wcale wytchnienia od gorąca i zapadłam w letarg, który trwał aż do wieczora.
Kiedy sie obudziłam zapadał zmrok (przypominam zmrok niezmiennie zapada około godziny 18) i wioska powoli ożywała. Lud i młodzież schodzili się na głównym placu i zapełniały się powoli ławeczki.
Wyszłam przed hotel pogadać z właścicielem.

Wspomnisz me słowa...

Właściciel Pradity to senior rodu, 82 lata, 11 dzieci, dziesiątki wnuków i prawnukow. Dnie spedza siedzac na pniaku przed swoim hotelem. I ma obsesje na punkcie pieniedzy. Rozmowa oczyywiscie koncentruje sie na tym temacie.
-I jak to tak sobie podróżujesz? pyta. -Musisz mieć dużo forsy.
-Nie, zaoszczędziłam trochę i teraz podróżuje i wydaje to co zarobiłam, wiele tego nie ma.
-I wszystko teraz wydajesz? pyta patrząc na mnie z potępieniem i niedowierzaniem.
Tutaj tak nie jest. Oszczędza się żeby kumulować pieniądze, na życie...Mowie ci to , tak jak mowie moim 11 dzieciom. Mam 11 dzieci i wszystkie maja dobra pozycje, stanowiska.
Ty wrócisz do swojego kraju i pomyślisz- ten człowiek z tego puebla mi to powiedział i go posłuchałam.
Mamy tutaj dużo wieśniaków, którzy nigdy do niczego nie dochodzą, bo pija i tracą wszystkie pieniądze. I są tez biedni, którzy ciężko pracują , maja krowy, kury, sprzedają i oszczędzają, kupują sobie dom i maja dużo kasy.
Przez to pueblo przepływa mnóstwo pieniędzy z powodu przemysłu drzewnego. Tym się odróżnia od innych tutaj. Mnóstwo pieniędzy. W jeden tydzień nawet 10.000 dolarów. Wiesz co się stanie z tym
pueblo za kilka lat? To będzie centrum misji, rozrośnie się przez biznes drzewny. W życiu trzeba ciężko pracować i zdobywać koneksje i poznawać odpowiednich ludzi, tak się do czegoś dochodzi.
Ja zacząłem pracować w polu, bardzo ciężko i wszystko zrobiłem własnymi rekami. Wybudowałem ten hotel, wychowałem 11 dzieci, wszystkie dobrze się maja. Ty tez powinnaś zabrać się za prace, kumulować!
Opowiedz mi na pytanie. czy z jednej kuru można zrobić interes?
Otoż tak. Składa
jedno jajko dziennie, w rok będziesz miał setki jaj i każde z nich to nowa kura, cala farma!

-Wiele w tym racji, ale ja mam inne podejście, teraz podróżuję, wzbogacam się
w inny sposób, zdobywam doświadczenia, poznaje nowe rzeczy, rozmawiam z ludźmi, oglądam świat.
-Tak! I pewnego dnia wspomnisz rozmowę ze mną w tym pueblo! I będziesz wdzięczna ze Ci to powiedziałem!


Cicha noc w selvie- petardy i alkohol

Wieczorem ruszyłam na pasterke. Wszystko odbywało się po hiszpańsku, ale jak sie wie o co chodzi to nie ma problemu.
Po pasterce wszyscy udają się do swoich domów, gdzie wraz z rodzinami jedzą chancho czyli pieczonego świniaka. Następnie plac zapełnia się dziećmi i wyrostkami rzucającymi petardy, a młodzież udaje się do "lokalu" -jednej z trzech dyskotek lub karaoke. Większość zalewa się w trupa, mówiąc nieładnie.
Wnuk właściciela hotelu, Gabriel, zabrał mnie na przejażdżkę swoim motocyklem ( bardzo był z niego dumny).
Jazda motocyklem dookoła głównego placu wsi to zdecydowanie największa atrakcja każdego wieczoru, gdy na zewnątrz robi się nieco znośniej. Pojechaliśmy do lokalu. Lokal był akurat pusty bo wszyscy poszli na dyskotekę. Gabriel zakupił ogromna butle Coca Coli i butle piwa i usiłował namówić mnie do picia ( zapewne w niecnym celu). Rozmowa była dość nużąca. Znowu lekcje na temat la plata ( forsa).
-Tutaj rządzą pieniądze. Tutaj kto ma kasę czyści ci siedzenie.
I plany matrymonialne Gabriela.
Jeszcze nie chcę się żenić. Za dwa lata. Mam swój plan.
-A kobietę już masz?
-Nie, ale o to łatwo. Trzeba mieć swój plan. Może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, ale najważniejsze punkty planu trzeba wypełnić.Popatrz na ludzi tutaj, poznaje taki kogoś, ledwo zakochany a już się żeni. I potem złe żyje, nie ma pieniędzy, ma dużo dzieci.
Ja już coś mam, mam 2 motocykle, mam mój pokój, mam mój hamak, trochę oszczędności ale to nie wystarcza. Potrzebuje jeszcze więcej żeby się ożenić.
Dwie kobiety mnie już poprosiły żebym się z nimi ożenił.
Tu nastąpiła długa i nużąca historia o kobietach w jego życiu, jak próbują go usidlić i przymusić do małżeństwa i jak on nie na to ochoty. Potem wyszło na jaw ze ma już 4 letnia córkę z jedna z tych zaborczych kobiet, która jakieś prawa sobie do niego rościła. Bardzo skarżył się na to, że
jego aktualna kochanka nie chce stosować środków antykoncepcyjnych, choć on zaoferował się że zapłaci ( no a jak , ma przecież pieniądze). Wdał się w rożne takie dość intymne szczegóły...w końcu bardzo stanowczo się pożegnałam.



W pulapce...

Dzień Bożego Narodzenia był jednym z najbardziej rozwlekłych dni mojego życia. Obudziłam się dziwnie sfrustrowana, pokój okazał cala swoja brzydotę, łóżko wydawało przykry, stęchły zapach; poczułam z cala silą, ze jestem w pułapce w tym pueblo i nie będę mogla wydostać się z niego przez cały dzień, długi, niemiłosiernie gorący dzień, w miejscu, gdzie nie ma nic do roboty. Ludzie wydali mi się tez jacyś odpychający, słowem, wpadłam zatem w dól świąteczny na całego.
I rzeczywiście, dzień dłużył się i dłużył, upal narastał i narastał, było zbyt gorąco żeby siedzieć na placu i zbyt gorąco żeby leżeć wewnątrz.
Wybrałam jednak leżenie wewnątrz. Czas płynął wolniej niż kiedykolwiek w moim życiu. Doczołgał się jakoś w końcu do południa i pory obiadu, który zjadłam u mojej znajomej z poprzedniego dnia. Znów schroniłam się w moim pokoju, bo próba spaceru skończyła się fiaskiem z powodu upału.

W godzinach
popołudniowej ciszy, gdy wszystkie żywe stworzenia chowają się w jakimś skrawku cienia, wyszłam na zewnątrz i napotkałam burmistrza,
który krążył,
jakże by inaczej, na swym motocyklu. Burmistrz rzecz jasna również należał do rodziny
starca właściciela hoteliku i " wyszedł na ludzi".
Burmistrz, okrągławy człowieczek w okularach i czapce z daszkiem zabrał mnie na przejażdżkę. Trzeba przyznać, ze miał nieco lepkie ręce, wiec musiałam powiedzieć stanowczo, żeby trzymał je przy sobie. Pojechaliśmy na pas startowy a potem do maleń
kiej comunidad w selwie, gdzie ludzie, potomkowie pierwotnych mieszkańców czyli indigena ( w odróżnieniu od mieszkańców wsi, w większości metysow), żyją w małych, prymitywnych
lepiankach a a dnie spędzają leżąc w hamaku i słuchając radia.
Malutka, pomarszczona dona pokazała nam swoje obejście: izba, której wyposażeniem były łózko, hamak i święte obrazki na ścianach oraz kuchnię zrobiona z desek
przylegającą do ściany.
-Aca se vive muy tranquilo- powtarzała. Tu żyje się bardzo spokojnie. No como en la ciudad, No hay atracos, no hay maldad. Nie tak jak w mieście, nie ma napadow, nie ma zła.
Wróciłam tam później z aparatem i pojawił się jeszcze jej maż Jose. Byl bardzo przejęty moja wizyta i zdjęciami i dopytywał: a czy zdjęcie kuchni zrobiłam, a czy hamak wyszedł na zdjęciu, a jeszcze kapliczkę trzeba sfotografować. Ach, bardzo ładnie wyszło!
Ja pstrykałam swoje fotki a burmistrz powtarzał: Gringita chce zrobic zdjecia, chce zobaczyć jak ludzie tu zyja.

Gringita...

Chcesz czy nie chcesz jestes gringa lub gringita...Wiele osob zwraca sie tak bezposrednio E, gringa! a juz gringa z jasnymi wlosami spokoju nie zazna. Niemal wszyscy mężczyźni usiłują zaczepic gringe gwiżdżąc, mówiąc Hola mi amor! albo bardziej nowomodnie hey baby!
dzieci wrzeszcza gringa kiedy przechodze przed ich domem. Wszyscy przygladaja sie badawczo, Wierzcie, ze spędzić dzień w takiej społeczności jest niełatwo, czuje sie na sobie wzrok wszystkich dookoła...
Byc gringa suelta czyli gringa puszczona samopas, ech szkoda gadać. Na pewno szuka towarzystwa jakiegoś latynosa. Sama włóczy się po mieście, nosi te brzydkie, brudnawe ubrania.


Prosiaki z Europy

Tak właśnie, wierzcie lub nie, ale latynosi są głęboko przekonani ze Europejczycy to BRUDASY!
Tak, taka panuje opinia i nie wiem czemu ja zawdzięczamy...Moze dlatego, ze większość Europejczykow w Ameryce to podróżnicy, którzy noszą często zapuszczone ubrania, maja długie zmierzwione włosy i dźwigają plecak. Pewnie tak. Słyszałam tez, że przyczyna tego są Francuzi. Francuzi-powiedzieli kolumbijscy znajomi...słyszeliśmy, że nigdy nie biorą prysznica! W metrze śmierdzi potwornie. Mydla unikają... Czy tez macie takie skojarzenia na temat Francuzow? Owszem, mówi się, ze w okolicach XVIII wieku we Francji, kiedy panie nosiły peruki i rzadko zmieniały suknie a do szaflika zaglądały raz na rok, podobno pachniało nieciekawie...ale teraz? Nie mam zdania, bo Francji nie znam.
Latynosi trzeba przyznać ( szczególnie ci z gorących rejonów) myją się często, biorą prysznic nawet kilka razy dziennie i dbają o siebie. Rzeczy maja wyprane, jeśli są biedni to w zimnej wodzie, ale zawsze czyste.
Pewnie jak widza tych zarośniętych i śmierdzących turystów z brodami do kolan, to myślą, ze tak właśnie wygląda przeciętny Europejczyk.No dobra, swoja droga, jak pomyśleć o poziomie higieny duzej części np. polskiego społeczeństwa i niezbyt rześkich zapachach, jakie unoszą się w lecie w zatłoczonych autobusach, to cos w tym jest...

Kiedy dotarłam do Bogoty i zatrzymałam się u Camila, byłam po 10 godzinnej jeździe autobusem przez góry. W jego mieszkaniu przy piwie siedziała grupa kolegów. Po wejsciu do mieszkania Camilo powiedział: jak chcesz to jest piwo, wino, dołącz do nas. A ja na to na to- Ok ale najpierw MUSZE wziąć prysznic.
Następnego dnia przy rozmowie zeszlo na temat Europeos cochinos czyli Europejczyków prosiaków. -Tak, przyznam się, ze wczoraj oczekiwałem najgorszego- stwierdził Leo, przyjaciel Camila.-Jak powiedziałaś, ze idziesz wziac prysznic to chyba wszyscy odetchnęli z ulga i każdemu przez mysl przeszło- Oho, ona jest inna!
Tak, usiłowałam jak mogłam bronic honoru europejczyków, nie stronimy od mydła i wody, używamy dezodorantów. No bo Francuzi! zakrzyknęli chłopcy.
Gabriel, w San Miquel tez robił kilka komentarzy na ten temat, a sposób w jaki patrzył na moje spodnie z Decathlonu i coś, co w czasach swej świetności było ładnym niebieskim podkoszulkiem, dawał jednoznacznie do zrozumienia co myśli o podróżniczym stylu prosiaków z Europy.

viernes, 29 de enero de 2010

zawsze jest jakies z tamtej strony

Powracam do mojego blogu po prawie roku przerwy. Najpierw planowałam zalożyc nowy, bo tamten byl poświęcony Podrozy ( przez wielkie P). Ale po chwili filozoficznej refleksji i zadumy doszłam do wniosku, ze nie ma to sensu, bo po pierwsze: wiem jak sie ten blog obsługuje z punktu widzenia technicznego, co ułatwia sprawę. Po drugie natomiast, jakby na to nie patrzec jestem wciąż z tamtej strony, geograficznie no i zawsze, w jakimś sensie będę z tamtej strony czegos. Taki to sprytny, wielowymiarowy tytuł. Zresztą w tytule odwołałam sie do Cortazara, który byl dla mnie inspiracja w pewnym momencie życia i byl na początku drogi, która zaprowadziła mnie do punktu, w ktorym jestem teraz, i do jego " z tej strony", " z rożnych stron".
I choc teraz jestem w Wielkiej Brytanii, która możne nie jest Podroza przez duże P, ale jakby nie bylo jest częścią podroży przez zycie, i jestem z tamtej strony patrząc od Polski i z tamtej strony patrząc od Hiszpanii, i będąc tutaj jestem tez z tamtej strony obserwując ludzi, zachowania, wydarzenia, stojąc trochę z boku i patrząc na kulturę, która jest mi wciąż obca. To nie sa Boliwijczycy czy plemię kichua z Amazoni, ale wierzcie mi, czasem zaskakują w nie mniejszy sposob;)
Polska masowa imigracja zabiła niestety zainteresowanie tym krajem, jako ze wszyscy tu już przecież byli już sa i swoje wiedza. Swoje, czyli w dużej mierze, ze Angole to nieprzyjemni, leniwi i głupi, którzy , ze ich kraj jest nieciekawy ( bo widziany z perspektywy taśmy produkcyjnej lub magazynu bez cienia ochoty na zetkniecie sie z jego kultura czy nauczenie języka), a jedzenie najlepiej kupić na polskiej polce w Tesco no bo " co oni tu za świństwa jedzą".
Szkoda, bo mnóstwo tu przecież pięknych i fascynujących miejsc, jakże bogatych w historie i mnóstwo ciekawych, mądrych i otwartych ludzi.

viernes, 6 de marzo de 2009

CELOS

Tego musicie posluchac! HICIOR!!!

http://www.youtube.com/watch?v=Pd-A72BP2xQ&translated=1

domingo, 1 de marzo de 2009

O latynoskich rozkoszach podniebienia.

Chodze sobie i chodze po Popayan cieszac siespokojna niedzielna atmosfera. Relaksuje sie tak, ze tylko bym jadla i spala na przemian.Ale zeby odbebnic troche turystyki weszlam na cos w rodzaju tutejszego kopca Kosciuszki, skad roztacza sie przyjemny widok na cale miasteczko i okoliczne gory. Posiedzialam tam sobie wsrod kolumbijskich rodzin zajadajacych lody i karmelizowane orzeszki ziemne ( mniam, tez zjadlam oczywiscie) obserwujac kolumbijskie pieknosci o bujnych ksztaltach i pieknych wlosach odziane np. w seksowne rozowe dresy.
Jedzenie kolumbijskie do najlzejstrawnych nie nalezy, ale postanowilam sobie pofolgowac w ostatnim tygodniu, jako ze i tak jestem juz niemal szkieletem. Tak czy owak tutejsi mezczyzni wciaz wyrazaja swe uznanie wykrzykujac " Hola mami!", albo "Hola mamita rica" czyli cos w rodzaju "czesc smaczna mamuska".
Na sniadanie np. je sie tutaj ryz z jajkiem sadzonym i smazonym bananem i do tego kawe z mlekiem mocno oslodzona( Kolumbia to wszak kraj producent doskonalej kawy- inna sprawa ze ta najlepsza jest niemal w calosci eksportowana). Piekarnie oferuja cala game wypiekow, pieczywo maslane, na mleku, chleb kokosowy, kukurydziany, bananowy, do tego empanadas, czyli pieczywo z nadzieniem z miesa lub sera i bolos, kukurydziane kule. Wczoraj jadlam tez tutejsza specjalnosc czyli tamales, jest to zawinieta w palmowe liscie kukurydziana masa z nadzieniem z warzyw, jajek, w roznych odmianach takze z wieprzowina lub kurczakiem.
Na obiad sancocho, rodzaj gestej zupy z warzyw ( marchew, groch,ziemniaki, juka, zielone banany, kukurydza) i ryba z fasola i ryzem ( taki zestaw obiadowy kosztuje tu 2800 pesos czyli troszke ponad 1 dolar). Ryz w Ameryce Poludniowej jest obowiazkowy niemal do wszystkiego, jako najtanszy wypelniacz:) Mozna oczywiscie go uniknac, jesli ma sie wiecej kasy na drozsze restauracje, ale ja nie pamietam juz dnia bez ryzu. Sadze,ze po powrocie do Europy nalezy mi sie co najmniej polroczny odpoczynek.

Jak juz jestem przy jedzeniu to wspomne jeszce o roznych dziwach w Peru i Ekwadorze. Przede wszystkim miejscowa specjalnosc cuy, czyli swinka morska z rozna. Podobno smakuje jak skrzyzowanie kurczaka z krolikiem. Juan Pablo powiedzial mi, ze trzeba jednak wiedziec, gdzie jesc, bo zdarzaly sie przypadki, ze chytrzy restauratorzy obcinali szczurom ogony a nastepnie podawali je jako cuy. Bleee.
W rejonach selwy je sie tez pancerniki. Nie wiem jaks ie przyrzadza, ponoc tez smakuja jak kurczak. W spolecznosci, gdzie sie zatrzymalam w Amazonii, popularna jest maito, ryba lub mieso wedzone nad ogniem w palmowym lisciu, bardzo smaczne, do tego zawsze pieczona juka.
Wlos sie jezy turystom kiedy dowiaduja sie jak wyrabia ( a przynajmniej wyrabialo) sie popularny wsrod plemion quichua alkohol- chiche z juki. Otoz po ugotowana juka badz jest zuta przez kobiety, tak by zmieszala sie ze slina i dzieki temu sfermentowala. Nie probowalam.

W Peru i Ekwadorze je sie ceviche (juz chyba o tym pisalam). Na ekwadorskim wybrzezu moj przewodnik byl zapalonym polawiaczem osmiornic i zlowil dwie, ktore pozniej jego zona w ciagu 20 minut oporzadzila i przygotowala ceviche z osmiornicy ( pokrojona osmiornica podana z cebula, ogorkiem, pietruszka, musztarda i sosem pomidorowym, obficie skapana a soku z cytryny lub lepiej limonki i chili). Peruwianczycy i Ekwadorczycy z wybrzeza uwielbiaja to zestawienie- cebula i sok z limonki. Ceviche jest pyszne, trzeba by je spopularyzowac w Polsce.
Odmiana ceviche jest cevichocho, ktore najczescie kupuje sie na stoiskach ulicznych, rodzaj fastfoodu, baza sa prazone lub smazone ziarna kukurydzy, choclo i chochos ( rozne tutejsze ziarna
nieistniejace w Europie), chipsy z banana, pokrojony pomidor i cebula i to wszystko polane obficie sokiem z limonki i sosem z chili.
No, ma nadzieje, ze juz wam slinka cieknie i zaraz udacie sie do kuchni przyrzadzic jakies male conieco. Ja ide na poszukiwanie czegos slodkiego, najlepiej lodow z kokosa albo guanabany.

sábado, 28 de febrero de 2009

Kolumbia! nareszcie!

W koncu udalo mi sie wydostac z Ekwadoru!!! Uff...Wszystko zmienia sie jak za dotknieciem magicznej rozdzki- wszystko zdaje sie o wiele ladniejsze, ludzie urodziwsi, weselsi, lepsza muzyka...no dobra, rowniez znacznie wiecej wojska na kazdym kroku i tu i owdzie plakaty ze zdjeciami partyzantow zachecajace do zadenuncjowania- troche to niepokojace...
W konsulacie wreczyli mi moj nowy paszport- ktos wpisal numer paszportu recznie takimi kulfonami ze hej! A potrzebowal na to az tyle czasu!
Po tym jak dostalam moj wyczekany paszport ruszylam biegiem, by jeszcze tego samego snia wydostac sie z Quito, bo czulam ze nie jestem w stanie pozostac tam ani godziny dluzej. Zalatwilam wszystkie formalnosci z miejscowym urzedem migracion i o 17 bylam juz na dworcu autobusowym wyruszajac do miejscowosci Tulcan, na granicy.
W autobusie zawarlam ciekawa znajomosc- moj sasiad, mlody student z Quito jadacy odwiedzic rodzicow w Tulcan,o imieniu Juan Pablo czyli Jan Pawel...skad to imie? Otoz Juan Pablo urodzil sie w samolocie, ktorym kilka lat wczesniej w czasie pielgrzymki do Ekwadoru podrozowal papiez. Co wiecej, urodzil sie na tym samym siedzeniu! Porod odebral jego ojciec, ktory jest chirurgiem. Nie mogl wiec nazywac sie inaczej:) Mial tez prze jakis czas darmowe przeloty ale linia lotnicza niestety zbankrutowala i sie skonczylo. Wiedzialam , ze to spotkanie to musi byc dobry znak:)

Juan Pablo po uslyszeniu mojej ponurej quitenskiej historii zaprosil mnie do domu swoich rodzicow na kolacje i zaproponowal zebym u nich przenocowala. Rodzina naprawde sie przejela, widac bylo ze chcieli zebym opuscila ich kraj z lepsza opinia.
Tulcan to male, dosc ponure miasteczko graniczne, lezy na wysokosci 2500 metrow i temperatura nigdy nie przekracza 14, 15 stopni celsjusza, slonce tez zadko wychodzi zza chmur. 28 lutego to swieto narodowe Ekwadoru, rocznica jednej z bitew, zwyczajowo uczniowie maja w tym dniu uroczyste slubowanie wiernosci ojczyznie przed narodowa bandera. Mlodszy brat Juana, Lucio ( w jezyku quichua brat to ñoño,a siostra ñoña, Ekwadorczycy czesto uzywaja tego slowa), ktory tego dnia akurat skonczyl 17 lat, rowniez bral udzial w uroczystosci. Poszlismy do szkoly, gdzie na placu zgromadzili sie uczniowie ubrani w mundurki, dziewczynki w spodniczkach w kratke i bialych skarpetkach, chlopcy w garniturach, wszyscy w bialych rekawiczkach. Orkiestra szkolna, ubrana na bialo, w zielonych beretach, grala na bebnach i wielkich cymbalach jakis szalony marsz, po bokach paradowaly 2 rzedy dziewczynek w bialych botach i krociotkich plisowanych spodniczkach, wszystko bardzo paramilitarne, marsz, lewa, prawa, spocznij, bacznosc. Niemniej robilo to duze wrazenie, szczegolnie orkiestra, ktora maszerowala po lacu i raz poraz zmieniala uklady, niezlewycwiczeni. Ze srednim polskim poczuciem rytmu to raczej by nie przeszlo.Po dlugim i ognistym przemowieniu dyrektora ( stalam przy glosniku, wiec natezenie emocji niemal mnie zabilo), uczniowie trojkami maszerowali do trzech bander trzymanych przez najwiekszych kujonow z kazdego rocznika ( zwanych tu norios lub afanosos, afan znaczy zapal), przyklekali i calowali, przy akompaniamencie niekonczacego sie marszu z tasmy, mowiacego o tym, ze wszyscy z ochota gotowi sa umrzec za Ekwador). Mnie uderzylo szczegolnie jak bardzo ciemni byli niemal wszyscy uczniowie- Ekwadorczycy sa bardzo niscy, maja bardzo ciemna karnacje i bardzo ciemne wlosy. w szkole, zanim dziewczynki zaczna farbowac wlosy jest to szczegolnie uderzajace. Jednym wyjatkiem byl chlopiec albinos.
Musze tez zauwazyc, niestety ( nie jestem tu zlosliwa), ze populacyjnie mlodziez Tulcanu byla wrecz przerazajaco brzydka, szczegolnie dziewczynki, ale moze to tylko ten wiek i jeszcze sie przeobraza w cos ciekawszego.
Po slubowaniu Juan Pablo zabral mnie na miejsce skad wyjezdzaja taksowki do granicy. Szczescie, ze mi pomogl przy zmianie pieniedzy i dal szereg dobrych rad- granice w Amerye Poludniowej to ciezka przeprawa i wszyscy chca oczywiscie oszukac biedna gringe, poczawszy od taksowkarzy na cambistach, czyli ulicznych zmieniaczach waluty. Na samej granicy tez mozna sie zestresowac- wszedzie zolnierze, drobiazgowe sprawdzanie dokumentow, przeszukiwanie bagazu w poszukiwaniu narkotykow i broni. Stosunki mieszy Ekwadorem i Kolumbia, od zawsze nienajlepsze, zaostrzyly sie w zeszlym roku, po tym jak Kolumbia znienacka zaczela bombardowac przygraniczne rejony.
Wszystko poszlo jednak w miare latwo, zolnierze najpierw chcieli mnie zrewidowac ale pozniej sie rozmyslili. I juz bylam w Kolumbii!Natepnie ponad 8 godzin w autobusie, aby dostac sie do pieknego, kolonialnego masteczka Popayan. Jechalismy znow szosa zwana panamericana ( ciagnie sie przez caly kontynent), kordyliera Andow. To niesamowite ile oblicz maja Andy! W kazym kraju sa inne, raz skaliste i pokryte sniegiem, innym razem tropikalne, porosniete deszczowym lasem, zanurzone w chmurach, budzace szacunek,melancholijne, czasem surowe, kiedy indziej, jak wczoraj, ogromne, o trawiastych, zielonych zboczach skapanych w sloncu, jakies bardziej przyjazne. Zawsze piekne! Przy szosie palmowe zgajniki,domki z kwiatami,wieczorem ludzie siedzacy na laweczkach przy zapalonych lampach, bawiace sie dzieci.

Popayan zwane jest bialym klejnotem Kolumbii- cale kolonialne centrum pomalowane jest na bialo. Wyczytalam tez, ze zostalo obwolane przez Unesco Miastem Gastronomii. Dzis wieczorem zamierzam sprobowac ktoregos ze specjalow, juz nie moge sie doczekac!