Kunamuskata
quiere decir buenos dias en la lengua aymara ( bueno, algo que suena mas o menos asi). Aprendí estas palabras de la mujer de Oruro, pequeña,arrugada, con el pelo largo y negro, que estaba sentada junto a mi durante mi viaje desde Santa Cruz a Cochabamba. Oruro es un pueblo situado muy alto en las montanas, antes minero, con el clima bastante duro, y sus habitantes tienen fama de ser gente trabajadora y seria, más fría que los cruzeños o los cochabambinos. Pero una chica de Santa Cruz- que intentaba venderme algun perfume, por suerte sin insistir demasiado, me dijo que la verdad es que son buena gente también pero las condiciones de su vida son mucho mas dificiles, porque " Acá en Santa Cruz tu vas vendiendo cualquier cosa, sales con aqua en la calle y te sale, y allí no es así. Son simpáticos pero cuesta un poco más conocerles." Oruro es famoso de su carnaval y sus alojamientos y hoteles se llenan completamente durante este tiempo.
Mi vecina era muy amable y me enseñó como parece la planta de yuca, los naranjos ( que son diferentes aquí que en España), los platanos y como se secan las hojas de coca colocadas sobre grandes toldos. En los pueblitos pequeños las mujeres llevaban la ropa tradicional boliviana. Una chola- es decir mujer boliviana lleva una falda hasta la rodilla, una camisa con botones, a menudo un pañuelo de colores en el cúal lleva cargo o su bébé, y un sombrero, normalmente pequeño y redondo. El pelo lleva atado en uno o dos largas trenzas, que llegan normalmente hasta la cintura. En el autobús, llamado flota aquí había varias mujeres vestidas de esta manera tradicional, pero también muchas que llevaban ropa moderna. Aunque era la única turista en el autobús nadie me miraba demasiado ni me molestaba que era la cosa buena, también hombres aquí no suelen ser muy molestantes. Sólo dos niñas pequeñas venían derme hola y luego se iban corriendo al otro extremo del autobus ríendo y chillando:)
La flota era bastante moderna, incluso con un televisor y tuvimos suerte de ver una pelicula con Jackie Chan o como se llama. Pero lo que pasaba derás de la ventana era mucho más interesante, primero un paysaje plano, muy verde, con bosque tropical y casas de madera construidas unos 2 metros encima del suelo. Luego nos encontramos entre unas montañas más fabulosas que he visto en mi vida, gigantes, cubiertos de jungla, con las cumbres ocultadas por las nubes y unas cascadas increíblemente altas. No pude respirar por un rato:) Luego llegamos mas alto aún y el bosque desaparecio, las montañas eran cubiertas solo de hierba. Al final se empezo la bajada y ante nuestros ojos apareció una figura enorme de Jesús con las manos extendidas. Ya era Cochabamba, una gran ciudad situada en varias colinas, rodeada por grandes montes.
domingo, 9 de noviembre de 2008
sábado, 8 de noviembre de 2008
Kunamuskata
czyli witaj w jezyku aymara- lub moze cos o podobnym brzmieniu, nauczylam sie wczoraj podczas 8 godzinnej jazdy z Santa Cruz do Cochabamby od mojej wspolpasazerki, malutkiej, pomarszczonej, czarnowlosej kobieciny z miejscowosci Oruro, wysoko w Andach. Ludzie z tego miasta ( dawniej gorniczego) sa ponoc dosc zamknieci i nieprzystepni, ale moja sasiadka byla bardzo sympatyczna i z ciekawoscia rozpytywala jakie warzywa i owoce uprawia sie moim kraju, jaka jest tam pogoda etc. Pokazywala mi tez przez okno, ktore to bananowce, ktore pomarancze, ktore juki, i jak liscie koki suszy sie na wielkich plachtach. Wypatrywalam gorliwie lam, ale zadna mi sie nie objawila jak dotad. Przejezdzalismy natomiast przez male miejscowosci, gdzie kobiety ubieraja sie w tradycyjny sposob, w plisowana spodnice mniej wiecej do kolan, bluzke, czesto barwna chuste i nieodlaczny okragly kapelusz, a wlosy niezaleznie od wieku splecione maja w dwa dlugie czarne warkocze. Te spodniczki tez nosza niezaleznie od wieku, co starszym paniom nadaje pewien frywolny wyglad:)
Santa Cruz lezy na nizinie, a Cochabamba na ponad 3000 metrow, wiec autobus mknie najpierw po plaskim terenie, zarosnietym tropikalna roslinnoscia, gdzie proste drewniane domy zbudowane sa na palach, jakies 2,5 metra nad poziomem gruntu. Pozniej zatrzymalismy sie na obiad, ja nie ryzykowalam jednak,kupilam tylko loda o smaku kokosa i banana, bardzo dobry byl. Pozniej przez chwile spalam, a kiedy sie obudzilam i spojrzalam wokol az dech mi zaparlo...zupelnie jakbym wciaz snila, wielkie, stozkowatego ksztaltu gory porosniete bujnym lasem tropikalnym, coraz wyzsze za kazdym zakretem, majestatyczne i tajemnicze, ze szczytami ginacymi w chmurach. Minelismy tez kilka spadajacych z wielkich wysokosci wodospadow. Jeszcze wyzej krajobraz znow sie zmienil, las zniknal, gory pokryte byly tylko trawa. W koncu autobus zaczal zjezdzac w dol i mym oczom ukazala sie gigantyczna figura Chrystusa, kopia tej z Rio, gorujaca nad kilkoma wzgorzami, na ktorych zbudowane jest miasto,a pozniej wieczorna Cochabamba.
W autobusie bylam jedyna biala osoba, ale wszyscy traktowali mnie normalnie, nikt sie specjalnie nie przygladal, ani nie zaczepial, moze z wyjatkiem dwoch malych dziewczynek, ktore podbiegaly co chwila krzyczac HOLA!! i ciagnely mnie za rekaw, a pozniej uciekaly na tyl autobusu i jedna, ta bardziej smiala mowila tej mniejszej Powiedz jej hola!!!Powiedz!
Zanim wsiadlam do autobusu tez bylo klimatycznie, dotarlam najpierw do dworca, gdzie natychmiast rzucil sie na mnie jakis jegomosc i powiodl mnie do biura swojej firmy autobusowej. Na dworcu sa dziesiatki tych biur i zaganiacze probuja zebrac odpowiednia ilosc osob do swego autobusu. Aby wejsc na peron trzeba kupic bilet upowazniajacy do wstepu na peron!!! Ciekawe, prawda? A na peronie klebia sie sprzedawcy pokrzykujacy Hay flan de leche, gelatina!! Hay carmelos, galletas! Hay saltenas de pollo!! ( czyli budyn, zelatyna, cukierki, ciasteczka i rozne lokalne wypieki)Jest tez kobieta z kanistrami z kawa i herbata.
To tyle na razie, nastepne widomosci pozniej w ciagu dnia.
Santa Cruz lezy na nizinie, a Cochabamba na ponad 3000 metrow, wiec autobus mknie najpierw po plaskim terenie, zarosnietym tropikalna roslinnoscia, gdzie proste drewniane domy zbudowane sa na palach, jakies 2,5 metra nad poziomem gruntu. Pozniej zatrzymalismy sie na obiad, ja nie ryzykowalam jednak,kupilam tylko loda o smaku kokosa i banana, bardzo dobry byl. Pozniej przez chwile spalam, a kiedy sie obudzilam i spojrzalam wokol az dech mi zaparlo...zupelnie jakbym wciaz snila, wielkie, stozkowatego ksztaltu gory porosniete bujnym lasem tropikalnym, coraz wyzsze za kazdym zakretem, majestatyczne i tajemnicze, ze szczytami ginacymi w chmurach. Minelismy tez kilka spadajacych z wielkich wysokosci wodospadow. Jeszcze wyzej krajobraz znow sie zmienil, las zniknal, gory pokryte byly tylko trawa. W koncu autobus zaczal zjezdzac w dol i mym oczom ukazala sie gigantyczna figura Chrystusa, kopia tej z Rio, gorujaca nad kilkoma wzgorzami, na ktorych zbudowane jest miasto,a pozniej wieczorna Cochabamba.
W autobusie bylam jedyna biala osoba, ale wszyscy traktowali mnie normalnie, nikt sie specjalnie nie przygladal, ani nie zaczepial, moze z wyjatkiem dwoch malych dziewczynek, ktore podbiegaly co chwila krzyczac HOLA!! i ciagnely mnie za rekaw, a pozniej uciekaly na tyl autobusu i jedna, ta bardziej smiala mowila tej mniejszej Powiedz jej hola!!!Powiedz!
Zanim wsiadlam do autobusu tez bylo klimatycznie, dotarlam najpierw do dworca, gdzie natychmiast rzucil sie na mnie jakis jegomosc i powiodl mnie do biura swojej firmy autobusowej. Na dworcu sa dziesiatki tych biur i zaganiacze probuja zebrac odpowiednia ilosc osob do swego autobusu. Aby wejsc na peron trzeba kupic bilet upowazniajacy do wstepu na peron!!! Ciekawe, prawda? A na peronie klebia sie sprzedawcy pokrzykujacy Hay flan de leche, gelatina!! Hay carmelos, galletas! Hay saltenas de pollo!! ( czyli budyn, zelatyna, cukierki, ciasteczka i rozne lokalne wypieki)Jest tez kobieta z kanistrami z kawa i herbata.
To tyle na razie, nastepne widomosci pozniej w ciagu dnia.
jueves, 6 de noviembre de 2008
Bolivia!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tierra Boliviana!!! Santa Cruz de la Sierra!! Oto przybylam:)) Na razie chodze po miescie jak we snie. Dwie nieprzespane noce czynia moj odbior rzeczywistosci jeszcze ciekawszym. No i 5 godzin roznicy w czasie. No i goraco tu, duszno, wilgotno, klimat tropikalny, poczatek lata. Dobrze, ze mam kurtke i dwa polary!
Pewna osoba stwierdzila, ze podrozowanie jest jak branie narkotykow, no i cos w tym jest:)Ide sobie i nagle wszedzie wokol mnie mali czarnowlosi ludzie o indianskich rysach twarzy, chodza po ulicach, siedza na laweczkach pod palmami na glownym placu miasta, na ktorym znajduja sie oczywiscie w kolonialnym stylu zbudowany kosciol i bialy budynek, gdzie rezyduje burmistrz. Atmosfera zrelaksowana... Na razie udaje sie na poszukiwanie strawy, bo ostatni raz cos porzadnego jadlam w Europie! W nastepnej odslonie przekaze, jakich to ciekawych rzeczy dowiedzialam sie od mych milych boliwijskich wspolpasazerow w czasie morderczego 11 godzinnego lotu, pod ktorego koniec wszyscy dostawali fiola.
Pewna osoba stwierdzila, ze podrozowanie jest jak branie narkotykow, no i cos w tym jest:)Ide sobie i nagle wszedzie wokol mnie mali czarnowlosi ludzie o indianskich rysach twarzy, chodza po ulicach, siedza na laweczkach pod palmami na glownym placu miasta, na ktorym znajduja sie oczywiscie w kolonialnym stylu zbudowany kosciol i bialy budynek, gdzie rezyduje burmistrz. Atmosfera zrelaksowana... Na razie udaje sie na poszukiwanie strawy, bo ostatni raz cos porzadnego jadlam w Europie! W nastepnej odslonie przekaze, jakich to ciekawych rzeczy dowiedzialam sie od mych milych boliwijskich wspolpasazerow w czasie morderczego 11 godzinnego lotu, pod ktorego koniec wszyscy dostawali fiola.
martes, 4 de noviembre de 2008
Zaczynamy, ja i on:)/ Comenzamos- yo y el:)
Oto wiec jestem w Madrycie, w hostelu, jest przed piata. Oczywiscie jestem zbyt podekscytowana zeby spac. Tak wiec zaczyna sie. O 13 planowo wylot do Santa Cruz.
To moja pierwsza wizyta w Madrycie, o dziwo, jakos nigdy do stolicy nie trafilismy. Raczej niewiele tym razem sie dowiem, bo obejrzalam go na razie od strony metra, ktorego glowna wada jest to, ze w nocy niewiele ruchomych schodow funkcjonuje. Na lotnisku dojscie do metra zajelo mi chyba pol godziny, bo tam ruchome chodniki tez nie dzialaly, wiec kiedy w koncu dotarlam do hostelu bylam zlana potem od stop do glow- bo jeszcze polarek grzal mnie skutecznie, a jakze. W pokoju zamienilam kilka slow z dziewczyna ktora dzis leci do Urugwaju, do domu, a aby wyszlo oszczedniej udaje sie z Madrytu do Mediolanu, z Mediolanu do Sao Paulo, a stamtad dopiero do Montevideo. Polecila mi miejsce do odwiedzenia- rajska plaze zwana Cabo Polonio, podobno cos cudownego.I w ogole te urugwajskie plaze... Hmm, moze kiedys wpadne, poza tym nazwa ma wyraznie polskie powiazania...
Teraz jakis Amerykanin nocny marek siedzi tu tez na necie i obserwuje co tam w polityce w USA. Zapytal czy ja tez z Ameryki. AAAAA, wlasnie zakrzyknal ze Barak zostal wybrany!!!!! Coz za historyczna chwila!!!! Amerykanin jest zadowolony:). Ja w sumie tez:)No to zaczynamy razem.
Aqui estoy en Madrid, en un hostal, pero claro, demasiado excitada y nerviosa para dormir. ¡Estamos empezando! Yo y Barack Obama juntos, al parecer:)) ¡Que nos vaya bien! Son las 5 de la manana y aqui en el internet solo estoy yo y un estadounidense insomnio que esta siguiendo las noticias de su pais. Me ha informado hace un minuto que Obama ha ganado...Esta muy contento! ¡Que momento historico!
Es mi primera vez en Madrid y desgraciadamente no voy a ver mucho, ya que me queda poco tiempo. Hasta ahora he conocido bien solo el metro donde he pasado una hora, cambiando tres veces para llegar aqui y sudando con venganza ( mi chaqueta de polar funciona sin falta). En el aeropuerto hay un pasillo INTERMINABLE hasta la linea del metro y por supuesto los pasillos automaticos no funcionan por la noche.
Al final he dormido unos 2 horas hasta ahora, una chica de mi cuarto, de Uruguay se iba a marchar a las 4 de la manana y su despertador ha sonado. Junto con el despertador han sonado voces de un grupo de los estadounidenses sin verguenza, que gritaban para media hora aqui. Al parecer estaré ahora a menudo con estadounidenses...
La chica de Uruguay era muy linda y me recomendo un sitio precioso, una playa divina llamada Cabo Polonio, o algo asi, caso como Polonia:) A ver si llegare alli algun día.
Bueno, estaría bien dormir un poco mas, pero creo que imposible...mas o menos a las 2 de la noche ( del tiempo europeo) estare en Bolivia- alli seran 18 50. A ver como va la compaña aerea boliviana...
To moja pierwsza wizyta w Madrycie, o dziwo, jakos nigdy do stolicy nie trafilismy. Raczej niewiele tym razem sie dowiem, bo obejrzalam go na razie od strony metra, ktorego glowna wada jest to, ze w nocy niewiele ruchomych schodow funkcjonuje. Na lotnisku dojscie do metra zajelo mi chyba pol godziny, bo tam ruchome chodniki tez nie dzialaly, wiec kiedy w koncu dotarlam do hostelu bylam zlana potem od stop do glow- bo jeszcze polarek grzal mnie skutecznie, a jakze. W pokoju zamienilam kilka slow z dziewczyna ktora dzis leci do Urugwaju, do domu, a aby wyszlo oszczedniej udaje sie z Madrytu do Mediolanu, z Mediolanu do Sao Paulo, a stamtad dopiero do Montevideo. Polecila mi miejsce do odwiedzenia- rajska plaze zwana Cabo Polonio, podobno cos cudownego.I w ogole te urugwajskie plaze... Hmm, moze kiedys wpadne, poza tym nazwa ma wyraznie polskie powiazania...
Teraz jakis Amerykanin nocny marek siedzi tu tez na necie i obserwuje co tam w polityce w USA. Zapytal czy ja tez z Ameryki. AAAAA, wlasnie zakrzyknal ze Barak zostal wybrany!!!!! Coz za historyczna chwila!!!! Amerykanin jest zadowolony:). Ja w sumie tez:)No to zaczynamy razem.
Aqui estoy en Madrid, en un hostal, pero claro, demasiado excitada y nerviosa para dormir. ¡Estamos empezando! Yo y Barack Obama juntos, al parecer:)) ¡Que nos vaya bien! Son las 5 de la manana y aqui en el internet solo estoy yo y un estadounidense insomnio que esta siguiendo las noticias de su pais. Me ha informado hace un minuto que Obama ha ganado...Esta muy contento! ¡Que momento historico!
Es mi primera vez en Madrid y desgraciadamente no voy a ver mucho, ya que me queda poco tiempo. Hasta ahora he conocido bien solo el metro donde he pasado una hora, cambiando tres veces para llegar aqui y sudando con venganza ( mi chaqueta de polar funciona sin falta). En el aeropuerto hay un pasillo INTERMINABLE hasta la linea del metro y por supuesto los pasillos automaticos no funcionan por la noche.
Al final he dormido unos 2 horas hasta ahora, una chica de mi cuarto, de Uruguay se iba a marchar a las 4 de la manana y su despertador ha sonado. Junto con el despertador han sonado voces de un grupo de los estadounidenses sin verguenza, que gritaban para media hora aqui. Al parecer estaré ahora a menudo con estadounidenses...
La chica de Uruguay era muy linda y me recomendo un sitio precioso, una playa divina llamada Cabo Polonio, o algo asi, caso como Polonia:) A ver si llegare alli algun día.
Bueno, estaría bien dormir un poco mas, pero creo que imposible...mas o menos a las 2 de la noche ( del tiempo europeo) estare en Bolivia- alli seran 18 50. A ver como va la compaña aerea boliviana...
Suscribirse a:
Entradas (Atom)
