domingo, 18 de enero de 2009

Machu Picchu











Od czego by tu zaczac? Chyba od najswiezszych wrazen ( a byly one bardzo silne) czyli Machu Picchu. Najpierw dane techniczne i historyczne, bo emocje, ktore sie tam odczuwa trudno oddac. Machu Picchu (w jezyku Inkow Stara Gora), polozona jest w Valle Sagrado czyli Swietej Dolinie, niedaleko Cuzco. Aby sie tam dostac istnieje kilka opcji. Jedna znich to bardzo popularny w ostatnich latach Inca Trek, czterodniowa wedrowka po Valle Sagrado, ze spaniem w namiotach, ktora konczy sie na Machu Picchu. Aby w niej uczestniczyc trzeba jednak byc w bardzo dobrej formie fizycznej i miec sporo kasy,bo agencja turystyczna zapewnia namioty,spiwory, jedzenie i gaz do gotowania oraz przewodnika.
Druga opcja to pociag,ktory konczy swoj bieg w miejscowosci Aguas Calientes, na samym koncu Valle Sagrado i stamtad autobusem wjezdza sie na bardzo stroma gore, na ktorej znajduja sie ruiny.Pociag jest rowniez bardzo drogi jak na tutejsze warunki i niestety istnieje roznica w cenach dla tubylcow i gringos ( gringos placa podwojnie).I co wiecej Peruwianczycy i gringos podrozuja w oddzielnych wagonach. Bardzo dziwnie sie z tym czulam.
Opcja trzecia dojazdu, jedna z najekonomicznejszych, to odbycie polowy drogi w autobusikach zwanych tutaj micro,ktore sa bardzo tanie i podrozuje sie normalnie z ludzmi stad a nie w jakims gringolandzie.Dociera sie do miejscowosci Ollantaytambo i stamtad trzeba juz zlapac pociag, bo micro nie kursuja dalej. Isnieja oczywiscie szalency, ktorzy decyduja sie isc po torach 30 km,ale sa to gory,wwielu miejscach nie ma miejsca by zejsc z torow gdy nadjezdza pociag, czesto trzeba przechodzic przez waskie tunele no i pogoda jest bardzo zmienna i mozna wedrowac przez 6 godzin w deszczu.

Wybralysmy opcjetrzecia. Spedzilysmy jedna noc w Ollantaytambo,gdzie rowniez znajduja siebardzo ciekawe ruiny( obejrzalysmy z zewnatrz bo bilet za drogi) i o 5 30rano wsiadlysmy do pierwszego porannego pociagu. Widoki z pociagu przemierzajacego Valle Sagrado sa spektakularne, raz poraz wylaniaja sie osniezone szczyty Andow.

No i w koncu samo Machu Pichcu.Pierwsze wrazenie jest dziwne,bo nagle stoi sie przed czyms tak dobrze znanym z tysiecy zdjec i ilustracji, tym najbardziej znanym ujeciem, widokiem z gory.Czulam sie jakbym wcale tam nie byla, tylko znowu ogladalam jakies zdjecie czy film. Ale potem zaczyna sie wedrowka i mozna zanurzyc sie zupelnie w tym zaginionym swiecie i niezwyklej atmosferze tego miejsca. Pomomo bycia atrakcja turystyczna i rzesz ludzi przplywajacych kazdego dnia, jest po prostu spektakularne i polozone w tak zapierajacej dech w piersiach scenerii( ponad 2900 metrow n.p.m), ze zadne zdjecie tego odda emocji, ktore tam sie odczuwa. Zreszta nie przypadkowo zostalo ono zbudowane w tym miejscu, zadecydowali o tym inkascy astronomowie i inzynierowie, wybierajac najlepiej polozone miesjce ze wzgledu na uklad gwiazd i sprzyjajace warunki do uprawy ziemi. Otoczone jest przez majestatyczne, zanurzone w chmurach szczyty porosniete bujna tropikalna roslinnoscia, a w dole,w dolinie opasuje je wstega brazowej, spienionej rzeki Urubamby.
Ruiny Machu Picchu przez caly wieki po tym, jak opuscili je Inkowie pozostawaly nieznane, wiedzieli o nich tylko niektorzy Indianie zyjacy w tych okolicach. W 1911 roku amerykanski badacz Hiram Bingham uslyszawszy pogloski o istnieniu ruin wyruszyl na poszukiwania i odkryl zaginione miasto,wktorym, jak podaja zrodla ,mieszkaly wowczas dwie chlopskie rodziny,ktore uprawialy role na tarasach zbudowanych przez Inkow. Ciekawe co musial czuc ow Bingham, kiedy dotarl tam pierwszy raz?
Ruiny sa zadziwiajaco dobrze zachowane, granitowe mury, domy, czesc uprawna z tarasami, swiatynia Slonca, swiatynia Kondora ( ptak ten w mitologii inkaskiej byl lacznikiem miedzy niebem i ziemia i zabieral dusze do swiata zmarlych) i obserwatorium astronomiczne, gdzie kaplani obserwowali ruchy gwiazd i slonca ze slynnym kamieniem Intihuatana. To nie ruiny jednak same w sobie ale nieprawdopodobne polozenie tego miejsca i poziom nauki i technologii jakimi musieli dysponowac aby je skonstruowac( nie znajac w owym czasie kola) sprawia, ze jest nadzwyczajne.
Mozna spedzic tam wiele godzin, bo miasto opasuje kilka drog, prowadzacych na okoliczne szczyty,skad roztaczaja sie wspaniale widoki,do Bramy Slonca i Mostu Inkow. Most Inkow!!! Waska kamienna droga przyklejona do pionowej skaly a za nia bezdenna przepasc:) Przepiekne!

Mozna tez wejsc na gore Huayna Picchu (to ta, ktora widnieje w tle na zdjeciach).Wykute sa w niej schody,ale samo wejscie zajmuje ok 3 godzin( a trzeba jeszce zejsc)-wydaje sie niemal pionowa,wiec w koncu nie bylo na to czasu ani sily.
Po kilku godzinach zwiedzania dopadlo mnie zmeczenie,ale wtedy po prostu usiadlam i patrzylam i patrzylam na szczyty Andow i przetaczajace sie nad nimi chmury. To miejsce jest naprawde magiczne, tajemnicze i przepojone jakas dziwna mistyka. To musi byc wplyw gwiazd:) Zreszta, nie da sie opisac, to trzeba zobaczyc.
Ale potem trzeba powrocic na ziemie, najpierw zejsc z gory ( tym razem na nogach, zeby zaoszczedzic na bilecie autobusowym), a gora stroma strasznie i schodow jest milion, wiec dzis moje nogi nie dzialaja. Pozniej pociag i znowu gringolandia! Pociag porotny to byly wylacznie 2 wagony tylko dla gringos! W pewnym momencie obsluga pociagu zaczela rozdawac piekne kartonowe pudelka z kanapka i ciastkiem w srodku i herbate,co, jak oznajmili widzac nasze oszolomione twarze, bylo wliczone w cene biletu.
Bardzo to dziwne bylo, po wszystkich podrozach w rozklekotanych,przedpotopowych i brudnawych autobusach z miejscowa ludnoscia,nagle znalezc sie w tym luksusie przeznaczonym dla turystow. OKROPNE! Oby nigdy wiecej takich atrakcji.
Jutro opuszczam Cuzco, gdzie nie moglam za wiele zwiedzic bo drogo jak cholera i udaje sie na polnoc Peru, jednak zeby to zrobic, musze najpierw dotac sie na wybrzeze, do Limy. Takze jutro czeka mnie 20 godzin w autobusie. Pewnie zwariuje w tej podrozy, ale ciesze sie, bo zobacze Ocean Spokojny:))

jueves, 15 de enero de 2009

Z Peru.


Nie mam niestety teraz za wiele czasu na pisanie, moze uda mi sie za kilka dni. Z La Paz udalam sie nad jezioro Titicaca, gdzie przez kilka dni wchlanialam w siebie nieskonczone poklady blekitu i tam przekroczylam granice z Peru. Obecnie znajduje sie w Cuzco, pieknym aczkolwiek bardzo turystycznym miescie. Jest to szok po boliwijskich miastach- niezliczone eleganckie sklepiki, galerie, butiki, kafejki i turysci, turysci, turysci.W sobote, wraz z towarzyszaca mi Jazmin, udajemy sie zobaczyc Machu Picchu a potem uciekam z tych turystycznych rejonow. Postaram sie zdac relacje w najblizszych dniach, bo wiele ciekawych rzeczy sie zdarzylo, nie mowiac o oszalamiajacych widokach. Laduje teraz troche zdjec do galerii, ale idzie to powoli, wiec nie za wiele naraz.

viernes, 9 de enero de 2009

La Paz











La Paz una ciudad donde se sube y baja, sube y baja...un poco como en Lisboa, solo que alrededor hay montañas con nieve...y bueno no tiene tanto encanto...Pero tiene el suyo, es cierto. Por fin hay mucha gente de todas partes, musica, cultura...una vida despues de agradable pero bastante provincional Cochabamba.

lunes, 5 de enero de 2009

Pod wpisem o quechua nowszy wpis, wyswietlil sie jako starszy, nie wiem dlaczego.

domingo, 4 de enero de 2009

Quechua.

Mala probka jezyka quechua, drugiego po hiszpanskim oficjalnego jezyka Boliwii.
Nie mam pojecia co to znaczy, przepisalam z czytanki dla dzieci.

Una muestra de quechua, el segundo idioma oficial de Boliwia. Ni idea que significa.

Sumay ch'ajjwan k'echichiy
Uria mayumanta apamuskhanku
Ilkoy maman irpamanpacha huiwakhuska.

Hmm...wydaje sie dosc trudny...
Jak sie masz? to
Imanalla kasanki?

Dobrze
Walejlla.( wymawia sie walehja)

sábado, 3 de enero de 2009

Co mnie spotkalo ciekawego w podrozy do misji- czesc 1.

Nie zdawalam sobie sprawy,ze podroze w okresie swiatecznym w Boliwii to kiepski pomysl,bo wszyscy wyruszaja we wszystkie strony i brakuje biletow na autobusy i pociagi, wszedzie tlumy ludzi,hostele zajete, ceny rosna...ech, niestety tego uczy sie podroznik na wlasnej skorze.
Kiedy przybylam do Santa Cruz 21 grudnia, na dworcu czekala mnie nieprzyjemna niespodzianka, wszystkie bilety na wszystkie srodki transportu byly wyprzedane az do 25 grudnia i dalej.Mina mi nieco zrzedla,nie bralam pod uwage powrotu do Cochabamby nastepnego dnia ( 8 godzin w autobusie). Jakis uprzejmy staruszek poinformowal mnie poufnym tonem, ze jesli zjawie sie na dworcu o 6 rano nastepnego dnia to moze cos wskoram.Ruszylam na poszukiwanie noclegu poslugujac sie niecenionym przewodnikiem Lonely Planet,pelnym klamstw. Tym razem tez, a jakze.Hostel o imieniu podanym w przewodniku i tenze numer ulicy nie istnialy. Zapadal zmrok i dzielnica byla malo ciekawa, wiec zaczelam sie martwic. Pytalam roznych ludzi, ale nikt nie slyszal o hestelu Santa Cruz. Kiedy debatowalam z jednym gosciem na ulicy, z pobliskiego budynku wyszedl inny mezczyzna , ktory rowniez probowal zlokalizowac hostel i doszlismy do wniosku, ze to musi byc ten po drugiej stronie ulicy, co prawda z innym numerem i inna nazwa niz podaje przewodnik, ale to zadna nowosc. Lucio- tak nazywal sie ten pomocny jegomosc, zaproponowalze zadzwonimy zeby to sprawdzic.I rzeczywiscie,to bylo to o co chodzilo Lonely Planet! Niestety nie bylo wolnych miejsc, ani tam, ani w szeregu innych hosteli, do ktorych zadzwonilismy. Dzwonilismy z portierni kina,w ktorym pracowal Lucio.Poznalam jego zone i malego synka. Mialam juz wizje spedzenia nocy na ulicy i wtedy Lucio zaproponowal, ze moge przespac te noc w portierni w kinie. To wygladalo na calkiem niezla opcje, na pewna bezpieczniejsza niz ulica.
Zaraz zacznie sie film- powidzial Lucio
A jaki to film?
Aaa,tutaj wyswietlamy filmy dla dosroslyh.
I tak oto jedna z najdziwniejszych i najbardziej absurdalnych nocy w moim zyciu, w najdziwniejszym miejscu, jakie mozna sobie wyobrazic.Lucio byl bardzo sympatycznym gosciem i jak powiedzial, zdecydowal sie na administrowanie tego kina tylko dlatego, ze dzieki tam mial niemal cale dnie wolne i mogl zajmowac sie swoimi dziecmi.Siedzielismy sobie w portierni i rozmawialismy na bardzo ciekawe tematy,o polityce i historii, Lucio byl inteligentnym czlowiekim i mial ciekawe opinie, dostalam tez duzo coca coli gratis. Lucio byl tak zachwycony niespodziewana atrakcja w postaci mnie,ze zaproponowal mi zebym zostala ile chce, mialam juz przerazajaca wizje Bozego Narodzenia w tamtym miejscu, jesli nie uda mi sie wydostac z Santa Cruz.AAAA.
O 22 kino sie zamyka, Lucio i jego rodzina zabrali sie do domu i moglam spokojnie przespac noc w biurze nad kinem. Zastanawialam sie nad dziwnymi przypadkami, jakie czleka w zyciu spotykaja.
O 6 rano bylam juz na dworcu. Przed kasa na bilety na pociag stalo juz ok 80 osob i z kazda chwila dochodzilo wiecej. Wszedzie wisialy kartki- zadnych biletow do 25 grudnia. I rzeczywiscie, nie sprzedawali zadnych biletow przed ta data. Mimo wszytsko nie tracilam nadziei i sprobowalam zawalczyc- w Boliwii nic wszak nie jest zupelnie pewne.Poprosilam pana w kasie o jakas blizsza date podrozy. Niestety, mowi, najblizsza mozliwa 26 grudnia. Wowczas to zastosowalam Najbardziej Ujmujaca Blagalna Mine i z rozpacza w glosie powiedzialam,ze ostatnia noc musialam przespac w portiernii i MUSZE dostac sie do San Jose przed Swietami.
-Aha- powiedzial pan i rzucil okiem na monitor. -Mam tu jeden bilet na dzis, na 12.
Juz po chwili mialam moj bilet w kieszeni zastanawiajac sie o co tu wlasciwie chodzi...

O 12 moglam zatem wsiasc do slynnego Pociagu Smierci. Tak go zwa w Lonely Planet i pojecia nie mam skad wzieli te nazwe, zaden ze spytanych przeze mnie Boliwijczykow nigdy o niej nie slyszal. Probowalam wydedukowac skad ta zla slawa, ale jedyne co stwierdzilam, to ze siedzenia byly baardzo niewygodne( ale zeby zaraz umierac?) no i moze mozna bylo umrzec z nudy, bo krajobraz za oknem byl bardzo jednostajny, zieone krzaki przez caly czas, no i jesli ktos jedzie az do brazylijskiej granicy, to ma to przez 24 godziny prawie. Ale generalnie to chyba gringos wymyslili te nazwe, delikatni tacy.
Kiedy wsiadalam do pociagu lalo jak z cebra. Sklad byl pelen ludzi, na jednym siedzeniu, na ktorym w polskiej osobowce siedza 2 osoby tutaj siedza 3.
No i na pierwszej stacji poza miastem do pociagu wladowal sie tlum ludzi bez biletow, ktorzy zakupywali je dopiero w skladzie, ale nie mieli miejsca siedzacego. Przez caly czas waskie przejscie miedzy siedzeniami przemierzali w te i we wte sprzedawcy najrozniejszych towarow. Mozna bylo zakupic najrozmaitsze dania przenoszone w wiadrach i pudlach, kurczaka, mieso lamy, swiniaka z ryzem, kompot w woreczku,napoj z kokosa lub ananasa,lody, galaretki i budyn w plastikowych kubeczkach, hot dogi, a takze okulary sloneczne i pirackie nagrania muzyczne.

Moja sasiadka, kobieta lekko, mozna powiedziec, histeryczna ( wciaz powtarzala jaka to ona nerwowa), byla mieszkanka miejscowosci Robore, blisko brazylijskiej granicy i podrozowala ze swym nastoletnim synem, ktory nie wyrzekl niemal zadnego slowa i ponuro wpatrywal sie w okno lub spal. Wygladal na zawstydzonego swoja rodzicielka, ale coz sie dziwic, kiedy ona traktowala go jak oseska i raz po raz strofowala swym histerycznym tonem.

Pani ta opowiedzial mi o swej przyjaciolce Grindze.

-Mam jedna przyjaciolke gringe- powiada
-Mieszka w Robore,znamy sie od lat, no i mnie czasem odwiedza i rozmawiamy duzo, plotkujemy. Ona jest sama i ja jestem sama, nie mamy mezow ( pani byla po rozwodzie), wiec sie trzymamy razem.
Ja na to- Aha, a skad ona jest?
- No gringa!-powiedziala pani, jakby zadna inna informacja na ten temat nie byla konieczna.
- Tak, ale my gringos roznimy sie miedzy soba i pochodzimy z roznych krajow- odrzeklam dosc ubawiona.
- Hmm, jakos nigdy jej nie spytalam skad jest.
No bo po co. Gringa to gringa i basta. Wszyscy sa mniej wiecej tacy sami.

Po 8 godzinach tej jazdy, niemal w calosci w ulewnym tropikalym deszczu dotarlismy do San Jose de los Chiquitos. Mialam juz wizje szukania noclegu w tymze deszczu, ale na szczescie w samym Jose, nie podalo, zapadal wieczor, cieply i parny. Za rada pomocnych dziewczat wzielam taksowke, czyli raczej mototaxi, po prostu ladujesz sie na motocykl za kierowca i hajda! i naszczescie znalazlam calkiem znosne miejsce na noc, oczywiscie ostatni wolny pokoj, jakos szczescie mnie nie opuszczalo.
Zapraszam na strone
http://picasaweb.google.com/mar.sobol/ZTamtejStrony?authkey=onY7VSkpuEc

zdjecia z Cochabamby i ostatniej wyprawy

i inne galerie
http://picasaweb.google.com/mar.sobol