miércoles, 31 de diciembre de 2008


Wieczerza wigilijna- w tym roku wartosci duchowe zdecydowanie przewazyly otoczke materialna:))
La cena de Nochebuena- este año lo espiritual superó definitivamente lo material.

Las Misiones Jesuíticas.

Bueno, lo escribi en polaco una vez pero la historia de las misiones me parece muy interesante pues para que no polacohablantes puedan saber un poco de ello, lo repetiré en español.
Las misiones de Chiquitania ( los españoles llamaban asi a los Indios, por haber sido muy chiquitos) fueron completamente olvidadas por mucho tiempo, hasta que en 1986 la pelicula " La mision" gano la Palma de Oro en Cannes. Desde entonces se empezo el proceso de recuperacion y renovacion de las iglesias hasta proclamarlas en 1991 La Herencia Mundial de Unesco.
Los Jesuitas llegaron a Bolivia al final del siglo XVI y fundaron 7 misiones en los sitios donde hasta entonces no habian llegado los Europeos.La organizacion de ellas fue muy interesante y fue un experimento en compartir la vida en comunidad de los indigenas y los Jesuitas. Cada parte de populacion llamada "reducción" fue dirigida por 2 o 3 Jesuitas y tenia su propia unidad militar. Las armia indígena de las misiones era por un tiempo la más fuerte y mejor entrenada en el continente americano.
Cada misión tenía un Consejo con un sacerdote jesuita y 8 personas indígenas, representantes de cada tribu.El Consejo decidia sobre cosas importantes para la mision y resolvia los problemas. De esta forma el poder estaba dividido entre los Jesuitas y la gente indígena.
Los habitantes de las misiones intercambiaban sus habilidades, los Jesuitas mostraban a los Indios artesanía, metodos de cultivación de tierra y cuidado de animales y los Indios les enseñaban como sobrevivir en la selva. Fue la gente indigéna que construyo todas las iglesias y
creó los interiores, impresionantes objetos decorativos de metal y madera, los altares, las pinturas murales.
Aparte de eso los Jesuitas enseñaban a los indígenas a construir instrumentos musicales como violines,violonchelos, violas de gamba,clavecinos,con las cuales las orquestras de Indios tocaban las piezas barrocas, operas, cantatas, sonatas. Trato de imaginarme tal concierto en una noche bochornosa en el medio de la jungla en el siglo XVII... La tradición musical de las misiones ha sobrevivido y hasta ahora cada pueblo, incluso los mas pequeñitos,tienen su orquestra que se especializa en la música barroca y da muchos conciertos durante todo el año.La gente sencilla de los pueblos toca violines en sus cabañas:)
Los Jesuitas y los indígenas vivían en las misiones en armonía y bienestar hasta el final del siglo XVIII, cuando aumentó el conflicto entre la Iglesia Y el Estado en Europa. Las misiones prosperaban demasiado bien y los Jesuitas eran considerados demasiado fuertes. Por su aislamiento eran casi completamente independientes del poder estatal español e eclesiástico, formaban una especie de la autonomía teocrática.Al final del siglo XVII los Jesuitas fueron expulsados del continente americano. Las misiones quedaron vacías, la gente indígena dejó los pueblos y volvió a la selva.

lunes, 29 de diciembre de 2008

MISJE

I znow jestem w Cochabambie. Moja wyprawa byla bardzo ciekawa, rozne dziwy widzialam, wiele rozmow odbylam i wiele sie nauczylam na temat Boliwii i jej mieszkancow.
Nalezaloby jednak pewnie zaczac od tego co to w ogole sa te misje i po co tam jechac? Tak wiec najpierw krotki rys historyczny ( naprawde interesujace!:))
Pod koniec XVI wieku Jezuici ustanowili niezalezne religijne panstwo w Paragwaju.Stamtad wyruszali dalej, zakladajac misje w niezbadanych dotychczas przez Europejczykow rejonach. W rejonie obecnej poludniowo-wschodniej Boliwii zamieszkiwaly wowczas liczne plemiona, ktorych potomkowie do tej pory zyja na tych ziemiach. Sposob, w jaki zoraganizowane byly misje byl swoistym eksperymentem, nie majacym odpowiednikow w epoce kolonialnej. Indianie podlegajacy misji podzieleni byli na grupy,tzw "reduccion", kazda z nich kierowana byla przez dwoch, trzech Jezuitow.Kazda reduccion miala tez swoja wlasna jednostke wojskowa. Przez pewien czas ta jezuicka armia zlozona z Indian byla najlepsza i najsilniejsza na kontynencie i mogla odpierac ataki zarowno Hiszpanow jak i Portugalczykow. Zaistnialo wiec cos na ksztalt autonomicznej teokracji,teoretycznie podlegajaca zwierzchnictwu politycznemu i koscielnemu, ale z powodu izolacji kontrolowana calkowicie przez Jezuitow.
Spolecznosc w misji administrowana byla przez ksiedza i osmiu tubylcow reprezentujacych poszczegolne plemiona, rada ta spotykala sie codziennie aby dyskutowac na biezace tematy i rozwiazywac problemy. Byl to zatem swego rodzaju podzial wladzy. Oczywiscie nie bylo az tak pieknie- plemiona mogly co prawda wybrac czy chca czy nie zyc w spolecznosci misjonarskiej,ale jesli nie chcialy, musialy pracowac w ramach hiszpanskiego systemu feudalnego zwanego encomienda, lub tez w jeszcze gorszym przypadku jako niewolnicy. Niemal wszyscy godzili sie zatem na przynaleznosc do misji. Dzialalnosc religijna Jezuitow byla na tyle skuteczna, ze obecnie niemal nic nie wie sie na temat wierzen tamtejszych plemion sprzed okresu misyjnego.
Niemniej w spolecznosciach zlozonych z Jezuitow i Indian panowala harmonia i swoista wymiana umiejetnosci. Jezuici ksztalcili tubylcow, uczyli ich uprawy roli i hodowli zwierzat, ale takze rzemiosla i rekodziela.Przepiekne, oryginalne koscioly w misjach, zaprojektowane w wiekszosci przez szwajcarskeigo Jezuite Martina Schmidta od poczatku do konca byly dzielem Indian, ich oltarze, wyrafinowane dziela w drewnie i w metalu. Jezuici uczyli tubylcow takze wyrobu instrumentow muzycznych- skrzypiec, wiolonczeli, harf, na ktorych pozniej Indianie wykonywali barokowe utwory, kantaty, madrygaly.Istnialy tez chory, wystawiane byly opery, sztuki teatralne. Probuje sobie wyobrazic taki koncert w parna noc w glebiach tropikalnej selwy w XVII wieku. Ta tradycja przetrwala do dzis w miejscowosciach, w ktorych znajduja sie misje, muzyka jest bardzo wazna, kazda wioska ma swoja orkiestre, ktora specjalizuje sie wlasnie w barokowej muzyce.Niestety, kiedy ja tam bylam nie odbywal sie akurat zaden koncert,bo czlonkowie orkiestry mieli wolne z powodu Swiat i wakacji. Tylko jeden chlopiec gral na skrzypcach na pasterce. Szkoda, marzylam zeby to uslyszec,musi to bys naprawde mistyczne przezycia, ale moze nastepnym razem, zamierzam jeszcze zahaczyc o ktoras z misji w drodze na jakas wyprawe.
Zloty wiek misji zakonczyl sie pod koniec XVIII wieku, wraz z problemami jakie zaistnialy w Europie na linii panstwo- kosciol.Misje byly po prostu zbyt bogate, funkcjonowaly zbyt dobrze i wielu spedzalo to sen z powiek. W 1767 Jezuici zostali wygnani z kontynentu.Bez nich misje stracily racje bytu, ala nowych wlascicieli okazaly sie niedochodowe, nie mialy bogactw naturalnych a plemiona wkrotce opuscily je na zawsze i zaszyly sie w dzungli.
Obecnie sladem po nich sa koscioly w 7 miejscowosciach, w wiekszosci bardzo malych wioskach otoczonych bujna roslinnoscia. Ludnosc tam mieszkajaca jest wymieszana etnicznie, aczkolwiek zyja tam wciaz potomkowie dawnych plemion.W San Rafael jeszcze kilkadziesiat lat temu zylo kilka tysiecy rdzennych mieszkancow, ale po wybychu zarazy wladze spalily ich domy i niemal wszyscy rozpierzchli sie po roznych miejscowosciach.
borrador 9:00:00

lunes, 22 de diciembre de 2008

W drodze.

Moi drodzy,jestem w podrozy w strone misji jezuickich z XVI i XVII wieku, w rejonie zwanym Chiquitania- chiquitos czyli malutcy- tak Hiszpanie zwali zamieszkujacych tam Indian.Widzieliscie film " Misja"? To wlasnie o to chodzi.
Na razie jestem w Santa Cruz i dzieja sie rzeczy bardzo dziwne, o ktorych opowiem pozniej. Poza tym wyglada na to, ze absolutnie wszyscy Boliwijczycy podrozuja w tym okresie.To jakies szalenstwo. Zakup jakiegokolwiek biletu graniczy z cudem. No i wlasnie jakims cudem dzis o 6 rano udalo mi sie dostac bilet na dzisiejszy pociag, choc wszystkie miejsca byly teoretycznie wykupione do 25 grudnia. Najbardziej Ujmujaca Blagalna mina zadziala jednak i pan znalazl jedno jedyne miejsce na dzis. Pociag ten, ktory dociera do granicy z Brazylia w przewodniku Lonely Planet zwa pociagiem smierci, El tren de la Muerte, nie wiem dlaczego...Zobaczymy...

sábado, 20 de diciembre de 2008






Fiesta Navideña

Fiesta z naszymi dziecmi byla prawdziwym sukcesem. Oczywiscie nie wszystko przebieglo zgodnie z planem i nie obylo sie bez wpadek, ale dzieki temu bylo nawet zabawniej.
Najtrudniejsza czescia okazalo sie przebranie dzieci w kostiumy do szopki, bo musielismy zrobic to bardzo szybko a niektore z nich byly dosc oporne. Na szczescie tylko niektore, bo reszta bardzo ochoczo poddala sie naszym zabiegom. Na pewno nigdy wczesniej w zyciu nie upinalam agrafek z taka szybkoscia:)
Nastepnie dzieci przedstawialy historie narodzenia Jezusa. Jedna z pielegniarek czytala specjalnie przygotowana dla dzieci wersje( tak zeby uwzgledniala wszystkie zwierzatka, takze kaczki i swinki) i w odpowiednim momencie bohaterowie wchodzili, wjezdzali badz wnoszeni byli na scene.Pod sam koniec opowiesci, zamiast niño Jesus, czyli dzieciatko Jezus, pielegniarka przeczytala raton Jesus, czyli mysz Jezus, bo w nastepnej linijce bylo cos na temat myszy( rowniez obecnej w szopce).Wszyscy bardzo sie ucieszyli z tego powodu.
PO przedstwieniu nastapila czesc muzyczna, kolenda o osiolku "El burrito sabanero" z dzikim akompaniamentem gwizdkow-ptaszkow i tance polamance. Wolontariusze otrzymali tez laurki i podziekowania od Marii Corazon.
No i w koncu to na co wielu gosci czekalo szczegolnie, czyli poczestunek, stosy pastelitos i buñuelos, przysmakow faworkopodobnych i czekolada na goraco. Niektorzy czlonkowie przybylych rodzin bez zenady ladowali ile wlezie na talerze ewentualnie prosto do reklamowek.A gosci przybylo mnostwo.
Dzieci dostaly tez swoje paczki z prezentami. Co prawda, kiedy kilka dni wczesniej poprosilam je o napisanie/narysowanie listow do Swietego MIkolaja, wiekszosc zazyczyla sobie komorek, dvd, telewizorow, rowerow i samochodow, ale wygladaly na calkiem zadowolone z tego co dostaly, czyli lalek, samochodzikow, ubran i slodyczy.
Wieczorem pracownicy i wolontariusze spotkali sie w przytulnej kawiarni Co- Cafe, a pozniej poszlismy poszalec przy salsie, merenque i regetonie. Oczywiscie tutejsi wymiataja na parkiecie. Latynosi mawiaja o sobie, ze maja duzo cukru we krwi i stad ta radosc i poczucie rytmu. O mnie tez powiedzieli, ze cukru mi nie brakuje:).